Jak nie reagować złością

Wiesz co to déjà vu?  Oczywiście, że wiesz. Ale ja pytam nie o wiedzę teoretyczną tylko o praktyczne doświadczenie sytuacji déjà vu. Takiej sytuacji, że mam wrażenie iż już w niej byłem. Co więcej, wiem z góry jak się  to skończy. A jednocześnie nie mam żadnej możliwości żeby ten  przebieg wydarzeń zmienić. Jeśli czegoś takiego doświadczasz w kontaktach z niektórymi Twoimi bliskimi, znajomymi, współpracownikami, a chcesz to zmienić – to ten tekst jest dla Ciebie. W szczególności jest to tekst dla osób, które mają problem z panowaniem nad swoimi emocjami w takich sytuacjach.

Sytuacja wyjściowa

Mam w pracy kolegę, z którym zawsze mam problem. Ilekroć się spotkamy w jakimś projekcje zawsze dochodzi między nami do konfliktu. A najczęściej wręcz do kłótni. Wielokrotnie sobie postanawiałem, że nie dam się więcej sprowokować, ale jak ten facet zacznie perorować to przecież święty by nie wytrzymał. Staram się spokojnie mu pokazać, że jego punkt widzenia (on mówi tak tonem jakby to był jedyny dopuszczalny punkt widzenia) jest tylko jednym z wielu, niekoniecznie najwłaściwszym. Wtedy ten napada na mnie, że jestem „niedoukiem”, itp. Więc mu odpowiadam o braku kultury osobistej. Daję też do zrozumienia kto jest tym „niedoukiem”, co przecież „widać, słychać i czuć”. Wtedy on…. Wtedy ja… Nie muszę chyba pisać, co dzieje się później.

Rozstajemy się w złości. Każdy z nas z przekonaniem, że ten drugi to kompletny du.ek. Że nigdy więcej z nim nie będę współpracować, ani nawet się komunikować. Ale też z niesmakiem do siebie (przynajmniej ja): że przecież nie chcę się tak zachowywać, nie chcę się zniżać do poziomu inwektyw, nie chcę się dawać ponosić emocjom. Widzę, że tracę szacunek nie tylko mojego oponenta, ale też ludzi, którzy nas obserwują. Nawet tych, którzy są mi życzliwi i uważają, że mam rację. Jednak nie akceptują formy w jakiej prowadzę ten dialog (o ile można to nazwać dialogiem – bo są to raczej dwa monologi).

Co nie działa?

Co postanawia większość z nas w takiej sytuacji?

1. Następnym razem zachowam całkowity spokój i opanowanie.

To jest klasyczne: „wishful thinking”. Chciałbym, aby coś się zmieniło, ale w praktyce nic nie robię żeby cokolwiek zmienić. Samo „postanowienie” to jest właściwie wyłącznie moje życzenie. Czasem ten pomysł wynika z bezradności: nie mam pomysłu co mogę zrobić, aby sytuacja kolejnym razem wyglądała inaczej. A co to oznacza w praktyce? W praktyce oznacza to, że nic się nie zmienia. Kolejne spotkania przebiegają według tego samego schematu. W gruncie rzeczy zmienia się jedna rzecz: rośnie moja frustracja i poczucie bezradności.

2. Nigdy więcej nie mieć z tą osobą do czynienia.

Kolejnym krokiem (wynikającym z poczucia bezradności) jest ucieczka od trudnych sytuacji. To czasem skutkuje: jeśli to jest jakiś znajomy – przestaję go zapraszać, nie spotykam się z nim, nie chodzę na spotkania, na które on jest zapraszany, itp. Więc niby problem został rozwiązany, ale tak naprawdę mam świadomość porażki. Że naprawdę to uciekłem od istoty problemu. Warto też zauważyć, że takie rozwiązanie niezbyt dobrze działa w przypadku krewnych (zwłaszcza najbliższych) – totalne odcięcie się od części rodziny (choć się zdarza) jest mało akceptowalne społecznie. To rozwiązanie nie działa też często w relacjach zawodowych. Owszem, mój szef może akceptować moją fanaberię – że nie lubię pracować z iksińskim – ale tylko do pewnego stopnia. Gdy pojawi się ważny projekt, gdzie jesteśmy potrzebni obaj, zostaniemy tam skierowani z apelem ”zachowujcie się jak ludzie dorośli”. W ostateczności decyzja, aby nie mieć więcej do czynienia z tym du.kiem może doprowadzić do odejścia z pracy.

3. Nie odzywać się w ogóle na spotkaniach, na których zabiera głos oponent.

Skoro nie mogę unikać spotkań z tym osobnikiem to pragnę przynajmniej unikać z nim konfliktów. Jeśli się w ogóle nie będę odzywał – to konfliktu nie będzie. “Mądry głupiemu ustępuje”. To jest inny sposób ucieczki. Przy czym oznacza całkowite poddanie się temu, co będzie głosił mój oponent. Skoro nie zgłaszam uwag – to de facto popieram idee i pomysły jakie są zgłaszane.

A jak ten du.ek zaproponuje coś kompletnie idiotycznego (najczęściej proponuje właśnie coś takiego)? To wtedy zainterweniuję? Ale przecież jeśli zainterweniuję to z góry wiem jak to się skończy. Innymi słowy – nie odzywanie się nie jest żadnym sensownym rozwiązaniem.

Co działa? Warunki konieczne

Zanim napiszę, co naprawdę działa muszę napisać o dwu warunkach, bez przyjęcia których nie masz – moim zdaniem – szans na wdrożenie moich zaleceń. Są to warunki konieczne, które trzeba spełnić, żeby wdrożenie miało jakiekolwiek szanse.

Warunek 1.

Przyjmij do wiadomości, że to Ty jesteś odpowiedzialny / odpowiedzialna za swoje emocje. Nie pomyliłem się. To nie ten du.pek jest winien, że odczuwam to co odczuwam, a czego efektem jest moje zachowanie. Emocje biorą się z mojej oceny wydarzenia, a nie z samego faktu, że dane wydarzenie zaszło. To moja interpretacja powoduje, że mam jakiś swój stosunek do danego wydarzenia. Klasyczny przykład: mecz piłkarski Legia Warszawa – Lech Poznań. Wygrała 2:0 Legia. Jakie emocje odczuwa kibic Legii? Radość. A kibic Lecha? Smutek. A co czuje ktoś kto się nie interesuje sportem? Nic. To samo wydarzenie, a przez różne interpretacje pojawiają się różne emocje.

Uwaga: odczuwanie emocji (nawet tych „niekochanych” typu złość, gniew, agresja) jest etycznie obojętne. Naganne moralnie może być moje zachowanie, które jest wynikiem braku panowania nad sposobem wyrażania niektórych emocji (zwłaszcza trudne jest  to w przypadku bardzo silnych emocji tzw. afektów).

Warunek 2.

Przyjmij do wiadomości, że nie jesteś lepszy / lepsza niż Twój oponent. Najczęściej jakaś osoba strasznie Cię wkurza (ale nie wkurza tak innych) dlatego, że ma jakąś cechę, którą Ty też masz, a której nie lubisz. Widzisz siebie w krzywym zwierciadle i to doprowadza Cię do szału. Im większy masz opór przed przyznaniem, że to może być też Twój przypadek tym większe jest prawdopodobieństwo, że tak właśnie jest. Jeśli chcesz temat pogłębić zajrzyj do tekstu: Kto mnie najbardziej wkurza?

Ale nawet jeśli to nie Twój przypadek to poczucie wyższości (jestem lepszy niż mój oponent) przeszkodzi Ci w dobrym zastosowaniu moich porad. Generalnie, jeśli wchodzę z kimś w spór to znaczy, że stawiam go na równi z sobą. Przecież nie spieram się z małym dzieckiem, które twierdzi, że ziemia jest płaska.

Co działa?

Po pierwsze. Ustalam: co jest przyczyną moich dużych emocji?

Fachowo nazywa się to wyzwalaczem (ang. trigger). Przecież nie wszystko wywołuje we mnie duże emocje. Jednak jakieś konkretne wyrazy, zachowania, frazy, gesty, ton głosu, – które przypominają mi jakieś moje przykre przeżycia –  mogą wywoływać  silną emocjonalną reakcje (czasem niezrozumiałą nawet dla mnie). Zadanie intelektualne brzmi: odnaleźć ten czynnik.

Przykład. Zauważyłem, że  gdy składam reklamację dość często mocno się irytuję. Po jakimś czasie odkryłem, co jest u mnie wyzwalaczem: zwrot „musi Pan”. Przychodzę z reklamacją, tracę czas, bo kupiłem coś co nie działa (wina producenta), a tu słyszę „musi Pan wypełnić zgłoszenie”. OK. Rozumiem, że trzeba wypełnić zgłoszenie, ale dlaczego to ja mam je wypełniać i w dodatku dlaczego “muszę”? Od razu jestem poirytowany i rozmowa z przyjmującym zgłoszenie (który przecież nie jest winien, że mam niesprawny sprzęt) jest nieprzyjemna.

Po drugie. Przygotowuję pomysł na przerwanie naszej procedury

Możesz wierzyć lub nie, ale nasze mózgi są bardzo leniwe. Nie chce im się za dużo myśleć, a więc na powtarzające się sytuacje przygotowują proste automatyczne procedury. Każdy / każda z nas ma wiele takich procedur, z których część „wdrożyli nam” nasi rodzice (zaczęliśmy nieświadomie stosować ich procedury). Masz też procedurę na prowadzenie konwersacji, prowadzenie sporu, itp. Twój oponent też ma swoją procedurę. Rzecz w tym, aby tę procedurę przerwać. Najłatwiej to zrobić reagując świadomie w sposób niekonwencjonalny (którego ani moja procedura, ani procedura mojego oponenta – nie przewidują). Np. zwykle, gdy on coś mówi ja od razu stwierdzam, że nie ma racji. Postanawiam, że tym razem odpowiem: „masz całkowitą rację”. To go wytrąci z jego procedury.

Jeśli chcesz bliżej przyjrzeć się tematowi automatyzacji naszych zachowań – zajrzyj do tekstu: Czy jesteś automatem?

Przykład. Gdy już zauważyłem, że moim wyzwalaczem jest zwrot „musi Pan” postanowiłem na taki zwrot odpowiadać spokojnie: „w sytuacji, w której jesteśmy źle znoszę zwrot >>musi Pan<<”.

Po trzecie. Konsekwentnie wdrażam mój pomysł

Wydaje Ci się, że to najłatwiejsza część? Niekoniecznie. Wychwytywanie wyzwalacza w trakcie rozmowy jest trudne, wymaga dużej uważności. Ja, przy pierwszych próbach zastosowania nowego podejścia, skupiam się wyłącznie na wdrożeniu mojego pomysłu. Ostateczny wynik tego spotkania jest, na tym etapie, nieistotny.

Przykład. Skupiam się na tym tylko, aby poinformować przyjmującego zgłoszenie, że źle na mnie działa zwrot „musi Pan”. Nie oczekuję, że spowoduje to iż ktoś mnie przeprosi, czy że zgłoszenie reklamacyjne wypełni pracownik przyjmujący zgłoszenia, albo że tenże pracownik użyje innego zwrotu w stosunku do mnie. Ale, uwaga (to jest najfajniejsze): od samego początku, gdy zacząłem stosować moje nowe podejście (spokojnie oznajmiać, co mnie irytuje) – zmieniało się też nastawienie osób przyjmujących zgłoszenie. Najczęściej wykazywali zrozumienie, czasem przepraszali, często używali innego zwrotu np.  „bardzo proszę, aby Pan wypełnił zgłoszenie” albo nawet wypełniali zgłoszenie ze mną lub za mnie.

Co dalej?

Pozostaje obserwacja wyników wdrożenia. Często na początku sam mam kłopot z wdrożeniem swoich pomysłów – zanim przejdę do wdrożenia pomysłu emocje już ruszyły, stara procedura się uruchomiła… i efekt był taki jak zwykle.

Ale któregoś razu uda mi się zareagować tak jak sobie zaplanowałem. Najczęściej powoduje to najpierw “zawieszenie się” drugiej strony („odjęło mu mowę”), bo jego procedura natrafiła na coś czego dotąd nie przewidywała. Zazwyczaj jednak, (po chwili zawieszenia) następuje próba powrotu do starej procedury i jeśli nie będę czujny – znowu się okaże, że „chciałem dobrze, a wyszło… jak zwykle”. Wtedy trzeba znaleźć kolejny sposób na wytrącenie tej drugiej strony z próby kontynuowania starej procedury (może przy kolejnym podejściu). Ale w końcu… można normalnie rozmawiać: „jak dorosły z dorosłym”. Co więcej, jeśli przeszło się taką drogę z drugą osobą, relacja – która się potem nawiązuje – jest dużo głębsza od tyc relacji, gdzie nie było żadnych tarć. Wiem o czym piszę – sam przez to przeszedłem.

Daj znać, jak Ci idzie. Życzę powodzenia.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *