Jak wytrwać w postanowieniu?

Pisałem już na temat konsekwencji: Jak być konsekwentnym... przedstawiając moje podejście związane ze stawianiem swoich priorytetów poniżej zobowiązań wobec innych. Napisałem tam też trochę o przełamywaniu swojej niechęci do wykonywaniem tych samych (po pewnym czasie nużących i nudnych) ćwiczeń (zadań). To nie wszystko:). Napisałem też już o tym, co robić, aby wcale sobie nie odpuszczać: Masz problem z mobilizacją?

Pisałem też o tym jak sprawdzić, czy rzeczywiście daję z siebie wszystko, gdy chodzi o rzeczy dla mnie najważniejsze: Czy walczysz o siebie do krwi.

Czy wobec tego mam jeszcze coś do powiedzenia o trwaniu w swoim postanowieniu? Wydaje mi się – mogę się mylić – że nadal mam:). Dzisiaj chcę się podzielić kolejnym moim sposobem na radzenie sobie ze spadkiem motywacji, gdy trwam w swoim postanowieniu, ale nie dostrzegam postępu.

Uwaga: Jeśli powinienem sobie przypomnieć błogosławieństwo: “Błogosławieni Ci, którzy nie mając nic do powiedzenia nie wyrażają tego faktu słowami”  – proszę o odpowiedni komentarz na dole strony.

Sytuacja wyjściowa

Podejmuję jakieś zobowiązanie. Np. rzucam palenie. Trwam w nim przez jakiś czas. Ale przychodzi wielki stres w pracy i zapalam papierosa albo i dwa. Nie jestem perfekcjonistą typu: “wszystko albo nic”. Nie poddaję się. Przyznaję: zaliczyłem upadek. Ale wstaję i idę dalej. Nie rezygnuję. Wymyślam, co zrobię następnym razem – gdy taki stres się pojawi – żeby nie zapalić. Znowu trwam przez jakiś. Potem ktoś mnie poczęstował papierosem, a ja odruchowo wziąłem papierosa i zapaliłem. Znowu upadek. Znowu wstaję. Ponownie coś wymyślam, aby w przyszłości nie popełnić tego samego błędu. Zaczynam od początku. Historia się powtarza po raz kolejny. I znowu. I znowu. Można się załamać? Można.

Załamać się?

A właściwie dlaczego? Bo jeszcze nie rzuciłem całkowicie? A innym się udało „od razu”? Ci „inni” mogli mieć łatwiej. To, że innym było łatwo, nie powinno być argumentem dla mnie. Ja mam trudno. Przecież bardziej się cieszę, gdy dokonam czegoś trudnego. Co więc powoduje, że mam poczucie klęski? A to, że jedyne sytuacje, które pamiętam z całego procesu – to moje porażki. Wtedy pojawiały się emocje i takie sytuacje utkwiły mi w pamięci. Sytuacje, gdy spokojnie odmawiałem zapalenia papierosa, gdy odchodziłem, gdy inni palili, gdy sam nie sięgałem po papierosa: wszystkie te małe (spokojne) zwycięstwa – uleciały.

Co robić?

Po pierwsze rejestrować swoje zwycięstwa. Każde zwycięstwo. Nawet najmniejsze. Ja robię sobie taki “rachunek sumienia” dwa razy dziennie: w połowie dnia oraz wieczorem (tuż przed snem). Odnotowuję zwycięstwa w swoim kalendarzu. Oczywiście, rejestruję też swoje porażki. Nie po to żeby się dołować, ale po to żeby mieć obiektywny obraz sytuacji w danym momencie.

Raz w tygodniu wpisuję swoje wyniki do pliku excelowego, aby zobaczyć graficzny obraz aktualnej sytuacji. Mój plik ma 3 zakładki: zwycięstwa, porażki, proporcja (liczba zwycięstw/liczba porażek).

Początkowo notowałem tylko porażki. Efekt był mało budujący. Po początkowym spadku liczby porażek (efekt zapału neofity) przychodzi ich wzrost i spada motywacja. Pojawia się zniechęcenie. Dodatkowo, po jakimś czasie pojawia się większa uważność – rejestruję jako porażki takie swoje zachowania, które wcześniej mi umykały. Liczba porażek rośnie. Coraz trudniej jest trwać w stanie, który przynosi tylko frustrację. Dodałem do wykresu krzywą regresji, która pozwala zobaczyć długotrwały trend mimo okresowych wahań. Bardzo to pomaga, gdy widać, że krzywa regresji wskazuje na (długofalowy) spadek. Potem dodałem też wyliczanie średnich ruchomych, które pokazują krótkotrwałe zmiany trendów (gdy jedne z nich przecinają inne). Ale to było ciągle notowanie swoich porażek. Raz było ich mniej, a raz więcej.

Dotarło do mnie, że czasem 5 porażek w tygodniu to świetny wynik, a innym razem 3 porażki to beznadziejnie. Jak to możliwe? Jeśli świat zewnętrzny (znajomi, przyjaciele) mi przeszkadza (namawiają ciągle do palenia, żartują z moich porażek) to wynik 5 porażek może być świetny. A gdy wszystko wokół mi chce pomagać – 3 porażki mogą być katastrofą. Zacząłem wiec notować swoje zwycięstwa. Według tego samego wzorca, co porażki.

Jednak znowu natrafiłem na schody. Czasem miałem dużo zwycięstw, ale też sporo porażek. Zauważyłem, że unikam sytuacji, w których mogę odnieść zwycięstwo, bo taka sytuacja grozi też porażką. Bardziej mnie bolała jedna porażka niż cieszyło kilka zwycięstw. Dotarło od mnie, że jeśli będę unikał sytuacji, w których mogę odnosić zwycięstwa – to nigdy nie nauczę się zwyciężać. Wpadłem na genialny:) pomysł: będę notował proporcje zwycięstw do porażek. Może być więc tak, że w danym tygodniu zaliczę 5 porażek, ale będzie to lepszy wynik niż 3 porażki w innym tygodniu. Kiedy? Jeśli w tygodniu z 5. porażkami zanotowałem proporcjonalnie więcej zwycięstw w porównaniu do tygodnia z 3. porażkami.

Co dalej?

Teraz trzeba już tylko być uważnym (rejestrować swoje zwycięstwa i porażki), zapisywać wyniki, aktualizować plik excelowy raz w tygodniu i… cieszyć się obiektywnym oglądem sytuacji. Czy to duży wysiłek? Dla mnie już „nie”. Codzienne rachunki sumienia zajmują mi po jakieś 5 minut każdy. Wpisanie wyników raz w tygodniu (wraz z przyjrzeniem się wykresom): jakieś 10 minut. Pozostaje tylko nagradzać się (to ważne) co tydzień za osiągnięty postęp. Pamiętasz? “Nie oczekuj ideału – oczekuj postępu”.

Tobie może być na początku trudniej niż mnie teraz. Zanim się wdrożyłem dość często zapominałem o “rachunku sumienia”. Zwłaszcza o tym w środku dnia. Ale może jednak spróbujesz? Żeby Ci ułatwić:) przygotowałem już dla Ciebie plik excelowy: Postanowienie.xlsx.

Uwaga: Plik przykładowy zawiera autentyczne dane dotyczące mojego „rachunku sumienia” związanego z postanowieniem, które podjąłem w grudniu 2014 roku. Do dzisiaj nie osiągnąłem jeszcze założonego celu, ale trwam w swym postanowieniu, bo dostrzegam jakiś postęp. Prawda, wolniejszy niżbym oczekiwał – jednak postęp:). Postanowienie to nie ma nic wspólnego z rzucaniem palenia:).

Komentarze

  1. Myślę, że bardzo ważny jest ten fragment: Nie jestem perfekcjonistą typu: "wszystko albo nic". Nie poddaję się. Przyznaję: zaliczyłem upadek. Ale wstaję i idę dalej. Nie rezygnuję.

    To, że się nie udało dotrzymać postanowienia, nie znaczy że należy z niego rezygnować zupełnie. Wstawaj i do przodu. Kolejny dzień przed Tobą.

    Ciekawe, że takie porzucanie podstanowienia już po pierwszej porażce może być objawem perfekcjonizmu

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *