Lekcja z Maroka

Lekcja z Maroka

Przez ostatnie dwa tygodnie wypoczywałem. Nie odbierałem telefonów, nie odpowiadałem na e-maile, nie publikowałem na blogu. Tydzień zwiedzania, a potem tydzień kompletnego lenistwa w Agadirze. Nie byłbym jednak sobą gdybym się czegoś nowego nie nauczył. I nie mam tu na myśli faktów na temat Maroka: że rolnictwo oraz turystyka są jednymi z głównych źródeł przychodu, że film Casablanca nie był kręcony w Casablance (tylko w USA), że to kraj muzułmański, ale weekend to sobota i niedziela itp., itd. Moja lekcja z Maroka dotyczy tego, czego można się nauczyć od Marokańczyków.

Przewodniczka

W czasie naszego objazdu po cesarskich miastach mieliśmy świetną przewodniczkę. Dużo wie, świetnie opowiada, nie przegaduje. Sporo mówiła o historii, gospodarce, ustroju, królu, religii. Ale też o różnicach kulturowych i obyczajowych pomiędzy Marokańczykami i Europejczykami. Tych różnic jest sporo. Mnie najbardziej uderzyła jedna lekcja z Maroka.

Lekcja z Maroka

Najważniejsze, najbardziej cenione w tym kraju cechy to (według naszej przewodniczki): spokój i stanowczość. Wprawdzie na bazarach Marokańczycy potrafią się wykłócać o pojedynczego dirhama, wrzeszczeć, rwać włosy z głowy itp., ale to wszystko jest elementem pewnej gry negocjacyjnej. Wewnętrznie są bardzo spokojni: zaraz po zakończonych (burzliwych) negocjacjach, wracają do normy, uśmiechają się do siebie, ściskają sobie dłonie i rozstają się w zgodzie, a nawet przyjaźni (swoją drogą fajnie się z nim negocjowało). Czemu Marokańczyk nie może się nadziwić? Że przyjeżdża taki Europejczyk na wakacje: niby chce wypocząć, odprężyć  się, zrelaksować, a robi wszystko, żeby być cały czas zestresowanym. Ciągle się takiemu Europejczykowi spieszy. Zamawia w restauracji obiad i się denerwuje, że go nie dostaje w ciągu 20 minut. Dokąd się tak spieszy? Przecież jest na wakacjach. W pokoju brakuje drugiego ręcznika? Europejczyk dzwoni do recepcji, żeby już, natychmiast, mu przynieśli ten drugi ręcznik. A co? Będzie używał dwóch naraz?

Co jest skuteczne wobec Marokańczyków?

OK. Ale Ty jednak chcesz ten obiad, chcesz dostać ten ręcznik. I dostaniesz. Ale nie już, natychmiast. Tylko w swoim czasie. A ile wynosi ten czas? To zależy. Od restauracji, od hotelu, od konkretnych osób (po obydwu stronach). Jeśli będziesz się denerwował, okazywał swoje niezadowolenie, popędzał Marokańczyka, to Marokańczyk wyciągnie z tego wniosek, że to Ty masz jakiś problem ze sobą. Próbujesz się więc na tym Marokańczyku wyżyć, aby udawać (głównie przed sobą), że Ty nie masz żadnego problemu, że problemem jest zachowanie Marokańczyka. Marokańczyk przyjmie spokojnie (widocznie Allah tak chciał) i będzie się nadal zachowywał po swojemu.

A więc co robić? Lekcja z Maroka mówi: być stanowczym i spokojnym (dla mnie to oznacza asertywność). Oczywiście Twój spokój i stanowczość nie spowoduje, że dostaniesz obiad w 5 minut, skoro normalnie Marokańczyk potrzebuje na to 30 minut. Wtedy nie warto interweniować wcześniej.

Więc zasada numer 1: interweniować tylko wtedy, gdy to ma sens 🙂 Stanowczo poproś w hotelu o drugi ręcznik i spokojnie czekaj. Jeśli po kilku godzinach go nie dostaniesz, powtórz procedurę.

Wątpliwości

Zabrzmiało to dla Ciebie sensownie?

  1. Po co masz się denerwować na urlopie? Przecież nie zmienisz takiego Marokańczyka w ciągu dwóch tygodni.
  2. Chcesz być skuteczny, a nie rozładowywać swoje emocje przez obarczanie winą innych (to ważne dla Ciebie zawsze, nie tylko na urlopie).

Ale, ale. Przecież Ty tu przyjechałeś, aby Cię obsługiwano, a nie lekceważono. Ty zostawiasz tutaj swoje pieniądze. Ty (i inni turyści) dajecie utrzymanie tym, który żyją z turystyki. Płacisz i masz prawo wymagać! Odezwał się Twój wewnętrzny krytyk: Coś mi się wydaje, że będzie tu jak w Egipcie. Wszyscy będą Ci wciskać chłam, a jeśli chodzi o poziom usług to tragedia.

Spokojnie. Sprawdzimy, jak spokój i stanowczość działają w praktyce. Dopiero potem (a nie przedtem) będziemy wyciągać wnioski.

Lekcja z Maroka. Sprawdzian

Większość sprawdzianu polegała na testowaniu strategii spokój i stanowczość w negocjacjach cenowych. Bardzo lubię, w krajach, w których jest to przyjęte, negocjować ceny. Moja żona twierdzi nawet, że jestem w tym dobry. Moja stała strategia bazuje na dwóch kluczowych elementach:

– staram się dowiedzieć, jaka jest zwyczajowa cena danego towaru, czy usługi

– ustalam, ile maksymalnie chcę wydać

W trakcie negocjacji jestem spokojny, zaczynam od ceny wyraźnie poniżej mojej ceny maksymalnej. Nie interesuje mnie porada, o ile mniej (niż pierwsza proponowana cena) warto zaproponować w danym kraju, aby sprzedawca się nie obraził. Jeśli sprzedawca się obraża i nie chce negocjować, odchodzę. Dość często (choć nie zawsze) sprzedawca woła mnie z powrotem i ramy negocjacji cenowych mamy ustanowione. Zatem spokój w negocjacjach stosowałem (prawie) zawsze. Miałem teraz tylko dołożyć stanowczość. Na czym to polegało? To już różnie, w zależności od sytuacji.

Sytuacja pierwsza: gdy znam widełki cen dla danej usługi

Np. przejazd taksówką z hotelu na targowisko kosztuje od 15 do 20 dirhamów. Zatrzymuję taksówkę, pytam o cenę przejazdu na targowisko. Nigdy nie usłyszałem ceny 15 dirhamów. Nie zrażałem się ceną podaną przez kierowcę tylko proponowałem 15 dirhamów, gdy kierowca próbował negocjować, powtarzałem spokojnie i stanowczo swoje. Jeśli to nie skutkowało, odchodziłem. Wynik: nigdy nie zapłaciłem więcej niż dolna granica, którą znałem. Ale też zdarzyło się kilka razy, że musiałem jechać drugą lub dopiero trzecią taksówką, którą zatrzymałem. W sumie jestem zadowolony, że wyniosłem taką lekcję z Maroka.

Sytuacja druga: nie znam dolnej granicy ceny

Sprawdzam ceny na kilku stoiskach oferujących te same wyroby. Ustalam swoją cenę na poziomie, jaki jestem w stanie zaakceptować i zaczynam negocjacje. Proponuję kwotę niższą niż moja cena. Jeśli w kilku miejscach sprzedawca nie chce negocjować i nie woła mnie, gdy odchodzę, podwyższam cenę do poziomu, który sobie wcześniej ustaliłem. Negocjacje (jeśli do nich dochodzi) polegają na tym, że sprzedawca obniża stopniowo swoją cenę, a ja spokojnie i stanowczo powtarzam swoją (ciągle tę samą). Wynik: sporo prezentów kupiłem w cenie, którą sobie ustaliłem, ale z kilku musiałem zrezygnować. Uważam, że strategia się sprawdziła.

Aha, jeszcze jeden (powtarzalny) sprawdzian zafundowano nam w hotelu. Dość często brakowało drugiego ręcznika. Czasem trzeba się było upomnieć drugi albo i trzeci raz. Ale w końcu ręcznik się pojawiał. Natomiast kilkukrotne upominanie się o drugie krzesło na taras naszego pokoju skutku nie odniosło: doszliśmy z żoną do wniosku, że chyba nie mają już takich krzeseł.

Lekcja z Maroka. Podsumowanie

Strategię uważam za przetestowaną i skuteczną. Największy zysk, jaki osiągnąłem to fakt, że przez cały pobyt się ani razu poważnie nie zdenerwowałem. Kilku drobnych nieporozumień z żoną tu nie wliczam. W końcu strategię testowałem na Marokańczykach, a nie na żonie 🙂

Pomyślałem sobie najpierw, że będę ją stosował w czasie każdego wyjazdu. Ale, gdy się nad tym zastanowiłem trochę dłużej: dlaczego miałbym nie stosować tej strategii na co dzień? Może Ty znajdziesz jakieś argumenty? Ja nie znalazłem.

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeżeli tak, to zapisz się, aby otrzymywać powiadomienia o artykułach o przywództwie, zarządzaniu, produktywności, rozwoju osobistym i zawodowym, emocjach, relacjach.


Nikomu nie przekażę Twojego adresu.

Zostaw komentarz

*

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.