Ocenianie innych, cz. 2

Ocenianie innych to sztuka. Zawsze ryzykowna. A my nie lubimy popełniać błędów. A jeszcze bardziej nie lubimy przyznawać się do błędów. Czym to grozi?

Jak już napisałem tydzień temu (ocenianie innych, cz. 1): „szufladkowanie” bez „odświeżania” grozi tym, że nigdy nie skoryguję swojego błędnego pierwszego wrażenia. Ciągle będę je potwierdzał i umacniał. Będę ignorował (lub odpowiednio interpretował) fakty, które mogłyby mojej ocenie zaprzeczać. W ten sposób ratuję swoją spójność, a nawet podbudowuję swoją wartość: nie pomyliłem się – ten „palant” jest palantem. Nie lubię się przyznawać do błędów. A Ty?

Mogę zatem utracić możliwość dostrzeżenia i skorzystania z zalet osoby, którą mylnie oceniłem np. jako „palanta”. Przy czym, gdy ten „palant” to dostrzeże (a wcześniej, czy później – dostrzeże) to raczej nie będzie chciał ze mną utrzymywać kontaktów. A jeszcze prawdopodobnie zaszufladkuje mnie do „palantów” myśląc o mnie: ”sam musi być palantem skoro innych uważa za palantów, bo przecież każdy sądzi innych według siebie”.

Z drugiej strony jeśli kogoś oceniłem zbyt dobrze (np. oszusta wrzuciłem do szufladki „ekspert”) – mogę zostać oszukany. Mnie się już taka sytuacja przytrafiła. A Tobie?

Dostaję od innych to czego się po nich spodziewam

Mamy taki (podświadomy) mechanizm wewnętrzny, który nam mówi jak nas inni oceniają. I rzadko się myli. Jeśli sądzę, że mój kolega uważa mnie za palanta to nie daję z siebie zbyt wiele. Po co się wysilać dla kogoś kto mnie nisko ceni? Lepiej zachowam swoje najlepsze cechy dla innych, którzy mnie cenią wyżej. „Palant” czuje się uprawniony do zachowywania się wobec mnie jak palant. I to jest mechanizm niezależny od mojej wybiórczej percepcji: gdy nie zauważam (lub nie pamiętam) sytuacji, w których „palant” zachował się jak nie-palant.

Tak. Masz rację. Ten mechanizm działa też w drugą stronę. Jeśli np. okazuję szacunek komuś, kto powszechnie jest uważany za niegodnego szacunku – to ten ktoś wobec mnie najczęściej będzie się zachowywał tak żeby na ten szacunek zasłużyć (a raczej prawo do niego potwierdzić). W swojej karierze zawodowej kilka razy zdarzyło mi się spotkać ludzi powszechnie uważanych za „trudnych we współpracy”, z którymi akurat mnie się świetnie pracowało. Nie dałem sobie narzucić powszechnie panującej opinii jako wkładu do mojej wstępnej oceny danej osoby.

Jak ocenianie ma się do mojej wizji rzeczywistości?

Nasze pierwsze wrażenie nie jest oderwane od naszego światopoglądu. Jeśli uważam np., że ludzie są z natury leniwi to częściej klasyfikuję do kategorii „leniwy” niż do kategorii „pracowity”. Niezależnie od tego jakie osoby spotykam. Zatem, najczęściej mam do czynienia z ludźmi, których uważam za leniwych. Oni to wyczuwają. I zachowują się jak ludzie leniwi. Więc ja się wtedy utwierdzam w słuszności swojego światopoglądu, że ludzi są z natury leniwi. I kolejnych ludzi częściej wrzucam do szufladki „leniwi”. A ci kolejni ludzie też zauważają jak ich zaklasyfikowałem. I zachowują się jak ludzie leniwi, itp. Mamy klasyczny opis dodatniego sprzężenia zwrotnego. A ja mam radochę jak to coraz częściej zgodnie z rzeczywistością oceniam ludzi.

Przy okazji:

Jeśli ktoś jeszcze nie spotkał się z terminami „Theory X and Theory Y” Douglasa McGregora polecam krótki przegląd: Theory X and Theory Y.

Gdybym mogła wybierać…

Jak oceniałbym ludzi, gdybym mógł wybierać? Badania pokazują, że w życiu więcej zyskują Ci, którzy bardziej ufają innym. Oczywiście, istnieje ryzyko, że zaufam złodziejowi i on mnie okradnie. Ale też istnieje szansa, że złodziej, któremu zaufałem akurat mnie nie okradnie. Podczas, gdy złodziej, którego zaklasyfikowałem jako „złodzieja” zrobi wszystko żeby mnie okraść.

Moje osobiste doświadczenie pokazuje, że ludzie bardzo rzadko zawodzą zaufanie jakie się w nich pokłada. To raczej moje ograniczenia i uprzedzenia (niż różne cechy różnych ludzi) nie pozwalają mi zaufać wszystkim. Kiedy już uda mi się zaufać, spojrzeć na lepszą stronę danej osoby (a każdy ją ma) to wówczas taka osoba najczęściej zachowuje się tak żeby mnie w mojej ocenie utwierdzić.

Innymi słowy: opłaca się szufladkować do pozytywnych szufladek. A te niezbyt pozytywne stopniowo opróżniać.

Nie jest to proste? Przecież nie możemy sobie wybierać światopoglądu? A co stoi na przeszkodzie? Nasze dotychczasowe doświadczenia? A czy nie są one obarczone mechanizmem sprzężenia zwrotnego, który opisałem powyżej? A skąd się wzięły początki mojego światopoglądu? Urodziłem się z nimi? Nie? Kto mi je przekazał? Rodzice? Krewni? Koledzy? Przyjaciele?

Spróbuj zrobić krótki przegląd historyczny swojego światopoglądu. Jaki był kiedyś? Jaki jest teraz? Co się zmieniło? Co spowodowało, że zaszły zmiany? Jeśli zaszły jakieś zmiany to oznacza, że możemy zmieniać nasz światopogląd. Dlaczego tak rzadko to robimy? Najczęściej chyba… ze wstydu: jak mogę teraz wierzyć w coś, w co przez tyle lat nie wierzyłem? co inni o mnie teraz pomyślą? itp.

A co jest dla Ciebie lepsze? Trwanie w starym światopoglądzie, który Ci nie służy i Cię ogranicza? Czy może próba zmiany światopoglądu? Czy to Twój światopogląd stanowi o Twojej tożsamości?

A Ty? Jesteś zwolennikiem „Theory X”, czy „Theory Y”?  Uważasz, że można swój światopogląd świadomie kształtować? Czy też, że to inni (środki masowego przekazu) nam go kształtują?

Komentarze

  1. Światopogląd kształtują nam doświadczenia i nie sposób nie wspomnieć, że charakter zmienia się co 7 (a nawet 5) lat. Może to jest kwestia przełomowych doświadczeń, ale w moim przypadku te 7 lat jednocześnie z nimi się sprzęgło. Światopogląd niestety zmienia się niekoniecznie spójnie z charakterem. Charakter pozostaje w tyle. I tu jest zagwostka, jak go popędzić ku światopoglądowi. PS: Przedwcześnie, w poprzednim komentarzu napisałam o tym, że brakuje mi wzmianki o samospełniającej się przepowiedni!)

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *