Po co mi zwierzaki w domu?

Jeśli już masz w domu jakieś zwierzę – to nie jest tekst dla Ciebie. Kieruję ten tekst do tych, którzy myśleli o tym, aby zaopiekować się jakimś zwierzęciem, ale z tego zrezygnowali. Najczęściej, ze względu na różne związane z tym komplikacje. To jest też moja historia. Od „Pana: żadnych zwierząt w domu” do wielbiciela zwierzaków ze szczególnym uwzględnieniem kotów. Może moja historia pomoże Ci zmienić swoją decyzję? Może też (podobnie jak ja) spotkasz swojego "dawcę szczęścia"?

 

Problem ze zwierzakiem w domu

Miałem całą listę zastrzeżeń:

  1. Zwierzę to nie przedmiot (ono czuje) – nie można go wyrzucić, gdy się znudzi albo przestanie podobać.
  2. Zwierzę to nieustanne obowiązki: karmienie, sprzątanie, zabawa, leczenie, itp.
  3. Zwierzę to też wydatki: karma, zabawki, leczenie, koszty opieki podcazs wyjazdu, itp.
  4. Zwierzę w domu to ograniczenia:
  • nie można zaprosić do siebie niektórych znajomych (np. gdy mam kota – uczulonych na sierść kota)
  • przy wyjeździe na urlop trzeba brać zwierzę ze sobą lub znaleźć dla niego opiekuna na ten czas
  • trzeba organizować przestrzeń w domu (mieszkaniu) w taki spośób, aby nie narażać zwierząt, ale też chronić niektóre przedmioty, czy rośliny
  • trzeba się liczyć z tym, że niektóre przedmioty lub sprzęty zostaną przez zwierzę uszkodzone lub zniszczone

Korzyści z opiekowania się zwierzakiem

Owszem. Dostrzegałem też korzyści z takiej sytuacji.

  1. W domu zawsze będzie ktoś kto będzie na mnie czekał.
  2. Taki zwierzak będzie do mnie przywiązany.
  3. Zwierzak będzie mnie motywował do większej aktywności fizycznej (koty też lubią, gdy się z nimi bawić).
  4. Zrobię coś dobrego – wezmę zwierzaka ze schroniska.
  5. Będę miał więcej znajomych – wielbicieli zwierzaków, których spotkam na spacerze, u weterynarza, itp.

Czego nie dostrzegałem, nie rozumiałem?

Jak zapewne się domyślasz wynikiem takiej analizy była konkluzja: zwierzak przysparza więcej kłopotów niż korzyści. Zatem: „żadnych zwierząt w domu”. Muszę też  dodać, że nie miałem zaufania do swoich dzieci. Obawiałem się, że ich obietnice iż to one wezmą na siebie większość obowiązków związanych z posiadaniem zwierzaka w domu to tylko dziecinne „ja chcę”. Widziałem jak szybko najbardziej ulubiona zabawka odchodziła w zapomnienie, gdy pojawiał się nowy prezent. Widziałem płacz córki, gdy „zmarło” jej elektroniczne zwierzątko (tamagotchi). Byłem przekonany, że ta „śmierć” była spowodowana zaniedbaniem w opiece (ten elektroniczny gadżet domaga się, aby się nim zajmować: gdy się tego nie robi – elektroniczny zwierzak „umiera”). Dopiero ostatnio dowiedziałem się od córki, że jej tamagotchi umarło ze starości. Przepraszam Cię, córciu, że wtedy tak Cię osądziłem. Ale tak naprawdę, teraz widzę, że największą krzywdę wyrządzałem sobie:(. Moja ówczesna „analiza porównawcza” nie obejmowała przypisania różnych wag do różnych czynników.

Nie wiedziałem (nie dostrzegałem) jak bardzo ważne może się stać to, że „zawsze będzie ktoś kto będzie na mnie czekał” albo, że „zwierzak będzie do mnie przywiązany”, a ja do niego. I nawet nie przypuszczałem jak silna może być więź między człowiekiem, a zwierzakiem. Mimo, że w dzieciństwie miałem do czynienia ze zwierzętami.

Co się stało?

Los (Opatrzność?) spowodował, że przez kilka miesięcy zmagałem się z bólem spowodowanym pęknięciem dwóch krążków międzykręgowych. Ból był tak wielki (rwa barkowa), że rozmyślałem o samobójstwie. Ale też walczyłem o siebie i swoją rodzinę wszelkimi sposobami: masaże, akupunktura, bioenergoterapia, pole magnetyczne, ultradźwięki, itp. Jakiś znajomy podpowiedział żonie, że koty mają zwyczaj kłaść się na chorych miejscach i w ten sposób leczyć. My mieliśmy za sobą wizyty spejalistów od żył wodnych i feng shui więc „leczący kot” to nie była jakaś wielka ekstrawagancja. W ten sposób pojawił się w naszym mieszkaniu kot, a właściwie kotka: Kropka. Kropka była bardzo przestraszona – najprawdopodobniej ludzie ją skrzywdzili. Ale stopniowo – dzięki cierpliwości i miłości jaką jej okazywała nasza córka – zaczęła nam ufać. Rzecz jasna, nie chciała kłaść się na mnie, a tym bardziej na moich bolących miejscach. Ale obserwacja zażyłości jaka się wywiązała między Kropką, a naszą córką była jak promień słońca w mojej jaskini cierpienia i braku nadziei. Jednocześnie żona znalazła specjalistę od metody McKenziego, który mi pomógł. Ból zelżał. Poczułem się lepiej: psychicznie i fizycznie. Ostatecznie przyjęto mnie do szpitala na rehabilitację. Gdy tam leżałem dowiedziałem się, że Kropka była śmiertelnie chora. Od pewnego momentu bardzo cierpiała i trzeba było ją uśpić. Nie mogłem się  powstrzymać od płaczu.

Lulek

Wedy w naszym domu pojawił się Lulek. Bez mojej wiedzy, ani zgody:). Gdy wróciłem ze szpitala – Lulek już na mnie czekał. Mieścił się na dłoni. W zasadzie to był znowu kot naszej córki. W ogóle mi się nie podobał. W dodatku uznałem go za głupiego. Ganiał za własnym ogonem, a jak w końcu ten swój ogon ugryzł to łapą dał sobie w pysk, bo go zabolało. Ale Lulek przychodził do mnie do łóżka. Kładł się w miejscu, gdzie mnie bolało. Jak prawdziwy kot robił to wtedy kiedy on miał na to ochotę. Ale przychodził, kładł się, mruczał do mnie. Opiekował się mną. Zresztą Lulek szybko zaczął się opiekować całym naszym gospodarstwem domowym. Kiedyś obudził mnie w nocy miauczeniem: zaprowadził do łazienki pokazując, że ktoś źle spuścił wodę i woda cały czas cieknie. Innym razem – znowu w nocy – obudził mnie żeby pokazać, że w pracującym w nocy komputerze włączył się alarm ostrzegający przed przegrzaniem dysku.

W pewnym momencie córka wyprowadziła się z domu. Zabrała też ze sobą obydwa koty (była też Łacia – siotra Lulka). I wtedy Lulek zaczął walczyć o powrót. Zaczął demonstracyjnie sikać na dywan, gdy Ewa (nasza córka) i Jej mąż byli w mieszkaniu (gdy byli poza domem – złatwiał się do kuwety). To była trudna walka. Lulek znosił krzyki, przeganianie, rzucanie kapciami. Potem wizyty u kociego psychologa oraz leki. Nic nie pomagało. W końcu córka zaproponowała żeby Lulek (na pewnie czas) wrócił do starego mieszkania. Przecież koty przywiązują się do miejsca! I rzeczywiście: Lulek – u nas – przestał sikać na dywan. Teraz wybrał sobie mnie jako swojego głównego przyjaciela. W tej historii najciekawsze jest to, że gdy przeprowadziliśmy się z żoną do innego mieszkania – Lulek nie protestował. Doszliśmy do wniosku, że on wcale nie walczył o powrót do mieszkania tylko o powrót do mnie.

Gdybym tego nie doświadczył nigdy bym nie uwierzył, że możliwa jest tak bliska więź człowieka ze zwierzęciem. I to z kotem! Lulek jest moim przyjacielem: wyczuwa mój nastrój, przychodzi i kładzie mi się w nogach zawsze, gdy medytuję, śpi ze mną. Wieczorem wchodzi pod kołdrę i się przytula, mrucząc. Rano wita mnie prosząc o mizianie (ale czeka aż się obudzę). Często w ciągu dnia przychodzi do mnie na kolana, wtula swój pyszczek w moje ramię i mruczy. Czuje się bezpieczny. Mam wrażenie, że rozumie wszystko co do niego mówię. Nawet, gdy daję mu leki, których nie lubi – nie protestuje. Patrzy na mnie, czasem nawet mruga jednym okiem jakby mówił: „wiem, że chcesz dla mnie dobrze”. Lulek pokazuje mi jak można być ufnym, cierpliwym, wybaczającym. Po naszym powrocie z wakacji – wychodzi nas powitać, a potem przez kilka dni do mnie nie przychodzi. Aż pewnego dnia pochodzi do mnie: miauczy coś (chyba „wybaczam”), wskakuje mi na kolana i… zaczyna mruczeć. Lulek pracuje nad sobą! Tak. Od początku bał się ludzi. Teraz coraz częściej wychodzi do nieznajomych. Bał się wychodzić poza mieszkanie – teraz domaga się wypuszczenia na klatkę schodową.

Nazywam go swoim przyjacielem, nauczycielem, dawcą szczęścia. Dużo się zmieniło w moim życiu dzięki Lulkowi. Jestem spokojniejszy, bardziej lubię zwierzęta, ale też uśmiecham się częściej do ludzi (zwłaszcza do właścicieli zwierząt). Zostałem nawet wegetarianinem (choć tu wpływ Lulka jest tylko częściowy).

Kończę. Bo o Lulku i Leo (mamy też drugiego kota, bo Lukowi było smutno, gdy zostawał sam kiedy wszyscy wychodzili z domu) mogę opowiadać godzinami, a nawet całymi dniami.

Moja historia Cię nie przekonuje?

Przeczytaj opowieść londyńskiego bezrobotnego, Jamesa Bowena: „Kot Bob i ja”. Jest już nawet druga część tej opowieści „Świat według Boba”. Ja jestem zachwycony tymi książkami. Wierzę we wszystkie – również te najbardziej niewarygodne – historie, które tam opowiedziano.

Kto wie? Może Tobie przydarzą się podobne? Lub nawet ciekawsze?

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *