Pozwalasz sobie na szczęście?

Jeśli masz odruchy typu: „Co za głupie pytanie?”, „Ale wydumany temat”, „Czy ktokolwiek na świecie jest naprawdę Szczęśliwy?” - może to oznaczać, że Ty nie dajesz sobie przyzwolenia na Szczęście, ani na szczęście. I tłumaczysz sobie (raczej Twój wewnętrzny krytyk kładzie Ci do głowy), że „Szczęście to coś tak dalekiego, odległego, nieosiągalnego, że tylko kompletne głupki tracą czas na rozmyślanie o nim”. Takie myślenie mnie nie dziwi. Spotyka się je dość często. Ale smuci mnie to, że dając się uwieść takiemu myśleniu - w rezultacie nie dajesz sobie przyzwolenia na szczęście. Nawet na to małe, drobne, chwilowe szczęście. Może zaryzykujesz i przeczytasz o tym trochę więcej?

Tak, myślą Ci, którzy poświęcili tylko chwilkę na rozmyślanie o Szczęściu

Szczęście przez duże „S”.  Wielkie słowo. Jedno z tych pojęć (tych stanów), które są poza zasięgiem. Takie jak np. miliarder. Nie dla mnie: ani Szczęście, ani miliardy. Nie ma szans. End of story. Szkoda czasu na dalsze rozmyślanie o tym i frustrowanie się.

I to jest myślenie sterowane przez wewnętrznego krytyka. Dlaczego tak sądzę? Bo zawiera kilka (podświadomych) uproszczeń i prowadzi do błędnych wniosków.

Błąd pierwszy

Podświadoma konotacja, że Szczęście = Miliardy (wielkie pieniądze). A jak się temu bliżej przyjrzeć to łatwo zauważyć, że istnieją ludzie (może nawet w naszym otoczeniu), którzy nie są miliarderami, a mimo to są zadowoleni ze swojego życia. Miliarderów zazwyczaj osobiście nie znamy, ale zdarza się przecież słyszeć o tym jak nieszczęśliwi potrafią być ludzie bardzo (wręcz bajecznie) bogaci. Innymi słowy: nieco dłuższe przyjrzenie się tematowi pokazuje, że Szczęście i Bogactwo nie są synonimami. Przypomina się trywialne „Pieniądze Szczęścia nie dają”, choć teraz w kontekście iż jest to stwierdzenie prawdziwe.

Błąd drugi

Skupianie się na Szczęściu przez duże „S”. Bo co to w ogóle znaczy: Szczęście przed duże „S”? Coś wspaniałego, wielkiego, cudownego, nieokreślonego. Coś czego chyba nikt dotąd nie doświadczył (uwaga: to kolejna myśl od wewnętrznego krytyka) więc i ja nie mam szans.

Błąd trzeci

Założenie, że nikt na świecie nie doświadczył nigdy prawdziwego Szczęścia. A skąd to wiesz? Bo nikt Szczęśliwy nie biega po ulicach i nie wrzeszczy „ludzie jestem Szczęśliwy?”. A Ty byś tak biegał/biegała?

Co robić?

Przyjrzeć się głębiej tym błędom (stereotypom).

Po pierwsze

Uświadomić sobie kiedy w przeszłości (choćby przez krótki okres czasu) byłem szczęśliwy/byłam szczęśliwa? Na razie szczęśliwy/szczęśliwa przez małe „s”. Bardzo często okazuje się, że bywały takie momenty. Najczęściej w dzieciństwie, gdy w Twoim otoczeniu byli ludzie, którzy Cię kochali (np. Twoi Dziadkowie). Gdy panowała atmosfera bezpieczeństwa, zaufania, przyzwolenia na błędy. A więc można być szczęśliwym. Ale wtedy byłem/byłam dzieckiem? Poszukaj jeszcze raz: może jako osoba dorosła też miewałeś/miewałaś momenty szczęścia. Tak, ale krótkotrwałe? OK. Ale zapamiętaj to stwierdzenie: można być szczęśliwym – choć zazwyczaj ten stan nie trwa zbyt długo.

Po drugie

Przypomnij sobie/ustal: co to naprawdę dla Ciebie znaczy być szczęśliwym/szczęśliwą (ciągle przez małe „s”)?  Z czym się ten stan wiąże. Jakie emocje, jakie uczucia wtedy dominują? Co jest ich źródłem? Wiesz już? Dobrze. Zapisz to sobie.

Przypatrz się temu bliżej. Jak dużo w tym stanie jest zadowolenia z siebie? Jeśli sporo – to jak możesz sprawiać, aby ten stan wywoływać częściej? A teraz pytanie najważniejsze: czy chcesz włożyć swój wysiłek, aby ten stan osiągać? Innymi słowy: czy dajesz sobie przyzwolenie na to, aby poświecić swój czas na pracę nad tym, aby osiągać szczęście? I nie dawaj się swojemu wewnętrznemu krytykowi oszukać, że „przecież nie masz na to czasu”? A na co masz? Czy rzeczywiście każdy Twój dzień jest wypełniony wyłącznie obowiązkami i czynnościami niezbędnymi? Na nic nie marnujesz czasu? A jeśli trochę czasu jednak marnujesz – to możesz wykorzystasz go żeby wypracowywać swoje szczęście?

Po trzecie

Zmierz się teraz (dopiero teraz!) z pojęciem Szczęścia (przez duże „S”). Co by ono oznaczało? To samo, co szczęście (przez małe „s”) tylko w  większym natężeniu? Albo to samo, co szczęście (przez małe „s”) tylko żeby trwało dłużej (najlepiej cały czas)? I co: to jest takie absolutnie nieosiągalne? Chyba już nie? A co stoi na przeszkodzie żeby o to zawalczyć? Trzeba włożyć dużo wysiłku? Taaak. Ja też mam taką obserwację: więcej radości sprawia mi to, co wymaga ode mnie większego wysiłku niż to, co osiągam łatwo. Więc w czym problem? W tym, że trzeba z czegoś zrezygnować. W tym, że jak chcę walczyć o swoje Szczęście to najczęściej muszę zrezygnować z drobnych przyjemnostek, z leniuchowania, z marnowania czasu. Na razie chodzi tylko o Twoją decyzję – nie martw się na zapas tym, czy wytrwasz w swoim postanowieniu.

Po czwarte

Przyjrzyj się uczciwie tym sytuacjom, gdy czułeś się szczęśliwy/czułaś się szczęśliwa. Jak to było? Wiązało się to z jakimś sukcesem? Z osiągnieciem (zdobyciem) czegoś dla Ciebie ważnego? I jak długo trwała radość (szczęście), gdy już to zdobyłeś/zdobyłaś? Niezbyt długo? A przychodziła taka myśl, że w „sumie to przecież nic takiego wielkiego się nie stało”? Tak wygląda najczęstszy schemat zmiany odczuć kogoś kto właśnie (po długiej i trudnej wspinaczce) wszedł na szczyt. Krótkotrwała euforia (szczęście), a potem coś w rodzaju rozczarowania, że „już się skończyło”. I to jest właśnie kluczowa konkluzja: więcej radości (szczęścia) daje wykonywanie kolejnych kroków w kierunku ważnego celu niż samo stanięcie na szczycie. A zatem mamy przynajmniej jeden przepis na Szczęście (przez duże „S”): stawiać sobie istotne cele i wytrwale do nich dążyć. A po osiągnięciu jednego wyznaczać sobie następny. I nie ma po co się spieszyć. I tak wszystkich swoich celów nie zrealizuję. Zawsze wybieram ten jeden, który w danym momencie jest najważniejszy. I czasem jest to cel: „teraz cieszę się każdym dniem i każdym drobiazgiem – skupiam się na dostrzeganiu pozytywów”.

Co dalej?

I już? Taki prosty jest przepis na Szczęście? Przepis jest prosty, ale jego wdrożenie w życie już takie nie jest. Wymaga wielu wyrzeczeń, rezygnacji z mniej ważnych rzeczy. Dziesiątek, a nawet setek i tysięcy drobnych decyzji: na co poświęcić czas, a z czego zrezygnować. Brzmi jak mordęga? I co to za szczęście kiedy się trzeba tak umordować? OK. Nie twierdzę, że jest to jedyny możliwy przepis na Szczęście. Masz inny? Wspaniale. Podziel się nim z innymi. A wdrażasz go w życie? I dzieje się to miło, łatwo i przyjemnie – bez żadnych trudności?

A wracając do „mordowania się” – drobne, codzienne zwycięstwa, które się odnosi w starciu ze swoim wewnętrznym krytykiem (który namawia, aby „odpuścić”, poddać się, zrezygnować, bo to za ciężko) powodują, że nie jest to „mordęga”, ale radość z robienia kolejnych kroków na drodze, którą się wybrało.

Chcesz temat pogłębić?

Polecam lekturę traktatu „O szczęściu” Władysława Tatarkiewicza.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *