Zagubiony mimo sukcesów?

Właśnie. Przecież skoro odnoszę sukcesy to powinienem być zadowolony, radosny, pewny siebie, nawet dumny z siebie. A tymczasem zdarza mi się (często?) zastanawiać się nad wartością i sensem osiągania kolejnych celów, zdobywania kolejnych szczytów, wygrywania kolejnych rywalizacji, zarabiania coraz większych pieniędzy, kupowania nowych gadżetów, zmian samochodu, przeprowadzek do większych mieszkań/domów.

Uwaga precyzująca: Jest normalne, że w chwilę po osiągnięciu sukcesu, gdy pierwsza radość (euforia?) minie – pojawia się wątpliwość: czy warto było włożyć w to aż tyle pracy, wysiłku, czasu? Czy warto było aż tyle spraw odłożyć na później, z tak wielu rzeczy (chwilowo?) zrezygnować, tyle spraw zaniedbać, aż tyle czasu poświęcić? Jeśli coś takiego odczuwam wyłącznie przez pewien czas po „dotarciu na szczyt” – nie ma powodu do niepokoju. Zwłaszcza jeśli, w trakcie „drogi na szczyt”, miałem motywację, radość z pokonywania kolejnych przeszkód, odnotowywałem z satysfakcją kolejne etapy, cieszyłem się ze zbliżania się do celu. Niektórzy z filozofów już dawno odkryli, że prawdziwe szczęcie to nie moment, gdy stoję na szczycie, ale czas spędzony w drodze na szczyt (o ile ten szczyt jest dla mnie ważny). Polecam np. książkę Tatarkiewicza „O szczęściu” – dla zapracowanych: http://sciaga.pl/tekst/33225-34-tatarkiewicz_o_szczesciu_streszczenie_ksiazki_moje_wnioski.

A więc mimo tych wszystkich sukcesów, tego wszystkiego co zdobyłem, czego doświadczyłem, co widziałem, co posiadam – nadal mam duży niedosyt. I zaczynam się zastanawiać, czy ten niedosyt kiedykolwiek zniknie. Czy przypadkiem każdy kolejny sukces nie zblaknie chwilę po jego osiągnięciu? Czy ciągle nie będę musiał robić coraz więcej, aby doświadczyć (w mojej skali) coraz mniej radości? A może nawet jestem już na tym etapie, że w ogóle nie ma mowy o radości, a  jest tylko ulga iż kolejne zadanie wykonane?

Co mogę zrobić?

Mogę ustalić, co jest przyczyną mojego stanu. I adekwatnie do tej przyczyny zareagować.  Ale jak to ustalić? Przyjrzeć się sobie z różnych perspektyw, np. z tych, które proponuję poniżej.

  • Przyjrzeć się swoim sukcesom w „3D” ogarniając również obszary, które zazwyczaj pomijam. Przypominam, według ICFu, warto przyglądać się następującym sferom: fizyczna, intelektualna, emocjonalna, społeczna i duchowa. Może w ogóle nie zwracam uwagi, na którąś z tych sfer mojego życia? I moja podświadomość domaga się, aby dla tej sfery też znaleźć miejsce w moim życiu? I może właśnie to jest źródłem niepokoju, który odczuwam? Np. największą wagę przykładam do świata fizycznego (co mam) i intelektualnego (co umiem, co wiem), ale znacznie mniejszą do emocjonalnego (co czuję, co czują inni) albo do sfery społecznej (na budowanie/wzmacnianie relacji nie poświęcam zbyt dużo czasu). A może w ogóle neguję istnienie sfery duchowej? . Czego unikam… gdy myślę o sobie?
  • Skonfrontować się ze swoimi wartościami. Być może w ogóle nie zastanawiałem się dotąd nad tym jakie są moje podstawowe (najważniejsze) wartości. I sukcesy, które osiągam nakierowane są np. na rywalizację: pokazywanie innym, że ja też potrafię to, co oni (tylko lepiej). A gdy przyjrzę się bliżej temu, co jest dla mnie naprawdę ważne – odkryję, że np. rodzina. Tymczasem pracuję po kilkanaście godzin na dobę, aby pokazać szefowi (który nie jest dla mnie ważny), że potrafię, przez co nie mam czasu dla rodziny. Może nawet krzyczę na żonę, gdy domaga się mojej uwagi, bo jestem tak zmęczony iż chciałbym chociaż w domu mieć „święty spokój”. Tak. Mogę się samosuprawiedliwaić, że przecież „muszę zarabiać na chleb”. A czy zapytałem swoją rodzinę jak dużo oni tego „chleba” chcą? Może – w stosunku do ich potrzeb – chcę im dać nadmiar „chleba”, ale za to zbyt mało swojego czasu. Przyjrzałem się swoim wartościom? I teraz widzę, że to, co robię to całkiem coś innego niż to, co jest dla mnie naprawdęażne? a jeśli to, co robię jest tym w co wierzę, a mimo to nie jestem z siebie zadowolony? Istnieje niebezpieczeństwo, że sam się oszukuję. Głoszę, że istotne są dla mnie jakieś wartości, podczas, gdy naprawdę ważne są dla mnie inne. Tak! Może się zdarzyć, że sam się oszukuję. Polecam tekst:  Odkrywanie prawdy… o sobie.
  • Sprawdzić, czy nie ulegam zbytnio swojemu wewnętrznemu krytykowi. Nie bardzo wiesz o co chodzi? Polecam teksty: Wewnętrzny krytyk oraz Problem z gremlinem.
  • A może nie czuję się osobą  wartościową? Czasem mimo tych wszystkich sukcesów mam ciągle niskie poczucie swojej wartości. I ,tak naprawdę, wszystkie te moje wysiłki zmierzają do pokazania innym, że jestem wartościowy (żeby się nie zorientowali, że w rzeczywistości to ja jestem mało wart). Jest to moim zdaniem, jeden z możliwych efektów zbytniego ulegania wewnętrznemu (albo zewnętrznemu) krytykowi.
  • Jestem „niezdrowym perfekcjonistą”? To inna, dość popularna, podkategoria związana z uleganiem wewnętrznemu (albo zewnętrznemu) krytykowi. Masz wątpliwości, czy to Twój przypadek? Przeczytaj: Jesteś perfekcjonistą?
  •  A może jestem już w sytuacji, że absolutnie nic mnie nie cieszy? Nie mam ochoty na żadne nowe wyzwania, nie widzę szans na odnoszenie kolejnych sukcesów. To może być sygnał, że doświadczam wypalenia zawodowego: http://pl.wikipedia.org/wiki/Wypalenie_zawodowe. Zazwyczaj taki zaawansowany stan wymaga pomocy terapeuty. Coach, jeśli podejrzewa taką sytuację, powinien Klientowi zaproponować konsultację z psychologiem zajmującym się problemem wypalenia zawodowego.

Jak widać wyróżniłem 3 główne kategorie: unikanie, wartości, wewnętrzny krytyk. Wypalenie zawodowe jest, moim zdaniem, konsekwencją długotrwałego ignorowania sytuacji opisanej w jednym z powyższych punktów. A jak to wygląda z Twojego punktu widzenia? Coś pominąłem?

Moje doświadczenie wskazuje też, że bardzo często (może nawet najczęściej) przyczyną opisywanych odczuć jest postępowanie niezgodne z wyznawanymi wartościami. A co Ty  o tym sądzisz? Nie zgadzasz się? A może zgadzasz się z postawioną tezą, ale uważasz, że „nie możesz sobie pozwolić na postępowanie zgodne z Twoimi wartościami, bo …”?

A  Ty? Dostrzegasz w powyższym opisie siebie? Czy któreś z opisanych objawów są Ci bliskie? A masz już swoją diagnozę? Zrobisz coś z tym? Czy poczekasz, bo może z czasem problem sam się rozwiąże?

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *